O projekcie

Język inkluzywny

Język inkluzywny
Język inkluzywny to nic innego jak zestaw zasad… dobrego wychowania w języku.

Na co dzień wszyscy i wszystkie z nich korzystamy, najczęściej w sposób nieświadomy. Mówimy sobie na przywitanie „dzień dobry”, używamy form „Pan/Pani” wobec osób, których nie znamy, staramy się nie mówić rzeczy, które mogłyby kogoś urazić. Z komunikacyjnym sovoui viverem zaznajamiamy się do dziecka i z czasem stają się dla nas zupełnie naturalne – wręcz niewidoczne. Podobny zestaw zasad istnieje także wtedy, gdy mówimy o osobach z różnych grup społecznych – np. osobach z niepełnosprawnościami, osobach LGBT+ czy osobach o mniejszościowym pochodzeniu etnicznym, narodowym lub wyznaniu. Tyle że… dużo rzadziej mamy okazję się go nauczyć i zrozumieć perspektywę osób z mniejszości.

 

Nic o nas bez nas

Język nie powstaje w próżni. To, jak mówimy, w dużej mierze kształtuje tzw. większość społeczna – czyli osoby, które mają największy wpływ na media, edukację czy debatę publiczną. Problem polega na tym, że język, którym opisujemy mniejszości, często powstaje bez ich udziału – albo przy bardzo ograniczonym wpływie z ich strony.

Jaki jest tego efekt? W języku utrwalają się określenia, które na pierwszy rzut oka wydają się neutralne, ale w rzeczywistości opierają się na uproszczeniach, uogólnieniach i stereotypach. Nierzadko są po prostu krzywdzące.

Żeby to lepiej zrozumieć, warto odwrócić perspektywę i spróbować wejść w mniejszościowe buty. Przypomnij sobie, jak o Polkach i Polakach mówiło się (i czasem wciąż mówi) w krajach, w których stanowimy mniejszość. „Polak” bywał tam synonimem osoby niewykształconej, kombinującej, nieuczciwej. Znamy żarty o tym, ilu Polaków potrzeba, żeby wkręcić żarówkę. Niby to tylko żarty, a jednak wiemy, że takie przekazy są krzywdzące dla tysięcy osób, które ciężko i uczciwie pracują. Tak jak nam, Polkom i Polakom, nie podoba się język i stereotypowy sposób przedstawiania nas za granicą, tak samo osoby należące do różnych mniejszości w Polsce chciałyby, żeby mówić o nich inaczej – bez uproszczeń, uogólnień i krzywdzących stereotypów. Jak więc powinniśmy mówić?

Jak mówić o osobach z niepełnosprawnościami?

Wyobraź sobie, że ktoś opisuje Twoje życie, używając takich sformułowań: „skazany na pracę”, „cierpi na bycie rodzicem”. Chociaż praca bywa trudna i stresująca, a bycie rodzicem nie należy do łatwych zadań, te określenia nie opisują adekwatnie Twojego  codziennego doświadczenia.

Podobnie osoby z niepełnosprawnościami negatywnie odbierają opisywanie ich rzeczywistości jako trudnego, przepełnionego cierpieniem losu.  Sformułowania takie jak „skazany na wózek”, „cierpi na…”, „przykuty do…”, „dotknięty chorobą” sugerują bierność, brak kontroli i życie zdominowane przez cierpienie. Tymczasem dla wielu osób wózek to nie „ograniczenie”, tylko narzędzie, które daje niezależność. A niepełnosprawność – choć bywa wyzwaniem – nie definiuje całego życia. Podobnie jest z określeniami typu „inwalidztwo”, „kalectwo”, „defekt” czy „upośledzenie”. Niosą one ze sobą bardzo silny, negatywny przekaz – sugerują, że ktoś jest „niepełny”, „gorszy”, „uszkodzony”.  Dlatego coraz częściej odchodzi się od takich słów na rzecz bardziej neutralnego określenia: „osoba z niepełnosprawnością”. Takie określenie na pierwszym miejscu stawia osobę, a niepełnosprawność to tylko część czyjegoś doświadczenia, a nie cała tożsamość, jak w przypadku określenia “niepełnosprawny/a”.

Warto też uważać na coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się pozytywne, czyli współczucie albo… przesadny podziw. Opisywanie każdej osoby z niepełnosprawnością jako „bohaterki/ra”, „inspiracji” czy „ osoby niesamowicie odważnej” jest nie w porządku. Praca, nauka, spotykanie się ze znajomymi, czyli codzienne, zwyczajne czynności – nie ma w nich nic „heroicznego”. Robienie z życia osób z niepełnosprawnościami “sensacji”, uprzedmiotawia te osoby i na siłę wtłacza w wyznaczoną przez kogoś z zewnątrz rolę.

Jak mówić o osobach LGBT+?

Osoby LGBT+ stanowią około 10% polskiego społeczeństwa, co oznacza, że w Polsce żyje blisko 3,7  miliony lesbijek, gejów, osób biseksualnych i transpłciowych. Choć społeczność tę często kojarzymy z jednym symbolem – tęczową flagą – w rzeczywistości jest ona bardzo zróżnicowana. Jak mówić o osobach LGBT+ z odpowiednią wrażliwością? Przyjrzyjmy się najważniejszym zasadom.

Podobnie jak w przypadku osób z niepełnosprawnościami, także tutaj warto zaczynać od człowieka, a nie od etykiety. Dlatego mówimy „osoba homoseksualna”, „osoba biseksualna”, „osoba transpłciowa”, „osoba interpłciowa” zamiast określeń takich jak „homoseksualista” czy „transseksualista”, które sprowadzają człowieka wyłącznie do jednej cechy. Trzeba też jasno powiedzieć: język, który ma charakter obraźliwy, nie ma miejsca w komunikacji opartej na szacunku. Słowa takie jak „dewiant”, „zboczeniec” czy inne podobne określenia były i są używane jako obelgi – i jako takie powinny pozostać poza naszym językiem.

Z biegiem czasu zmieniają się też określenia, które kiedyś uchodziły za neutralne. Dobrym przykładem jest sformułowanie „mniejszość seksualna”. Dziś coraz częściej się od niego odchodzi, bo sprowadza ludzi głównie do sfery seksualności. A przecież to, kogo kochamy czy z kim tworzymy relacje, jest tylko jednym z wielu elementów naszej tożsamości – i na pewno jej nie wyczerpuje.

Podobnej uważności wymaga język dotyczący osób transpłciowych. Zamiast mówić o „zmianie płci”  używa się określenia „korekta” lub „uzgodnienie płci”. Dlaczego? Bo osoby transpłciowe nie „stają się” kimś innym – ich tożsamość płciowa jest stała. To raczej ciało lub dokumenty są dostosowywane do tego, kim dana osoba jest od zawsze.

W rozmowie może pojawić się też zupełnie naturalna niepewność: jak się zwracać? Jakich zaimków używać? Najprostsze rozwiązanie jest jednocześnie najbardziej uniwersalne – zapytać. A jeśli nie mamy takiej możliwości, warto kierować się tym, jak dana osoba mówi o sobie.

Na koniec warto rozprawić się z jednym z bardziej utrwalonych mitów językowych. Być może spotkaliście/łyście się kiedyś z określeniem „kochający inaczej”. Tylko czy rzeczywiście osoby LGBT+ kochają inaczej? Nie. Kochają osoby tej samej płci, ale sama miłość – jej emocje, zaangażowanie, znaczenie – jest dokładnie taka sama jak w relacjach heteroseksualnych.

Jak mówić o kobietach i mężczyznach?

Czy wiesz, że język inkluzywny to nie tylko zbiór niepisanych zasad dobrego wychowania? Część tych zasad – zwłaszcza związanych z równością kobiet i mężczyzn – została oficjalnie uznana i przyjęta przez międzynarodowe instytucje. Już w 1990 roku Rada Europy wydała rekomendacje Komitetu Ministrów dotyczące eliminowania seksizmu z języka, podkreślając, jak duży wpływ mają słowa na utrwalanie lub przełamywanie nierówności.

Jedną z rekomendacji było eliminowanie nieobecności kobiet w języku i promowanie obecności, statusu i roli kobiet w społeczeństwie w sposób, jaki współcześnie obecny jest w stosunku do mężczyzn. Zobaczmy, jak w praktyce możemy to robić.

Męski nie znaczy uniwersalny.

Czy zwróciłeś/aś uwagę, że zwracając się do grupy osób najczęściej używa się męskoosobowych form tj. „zrobiliśmy”, „wymyśliliśmy”, „ustaliliśmy”. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy większość stanowią kobiety. Ba, czasem na sali są same kobiety, a i tak używane są tylko męskie formy. To tak, jak byśmy wymazali wszystkie kobiety, które są na sali. Tak jakby ich nie było. To jest właśnie jeden z przejawów niewidzialności czy wymazywania kobiet z języka. Jak to zmienić? Wystarczy używać form żeńskich i męskich. Jeśli takie rozwiązanie jest zbyt wymagające, już samo urozmaicenie form i – od czasu do czasu – dodanie żeńskich końcówek zrobi różnicę i na pewno zostanie zauważone i docenione. Takie rozwiązanie nic nas nie kosztuje, a może mieć ogromny znaczenie.

Prezydentki i kardiolożki

Czy zawody mają płeć? Z wieloma żeńskimi formami nazw zawodów nikt nie ma problemu np. „kucharka”, „sprzątaczka”, „pielęgniarka” czy „gospodyni domowa”  brzmią znajomo i „normalnie”.

Z drugiej strony, gdy pojawiają się nazwy typu „ministra”, „prezydentka” czy „premierka”, nagle zaczynają budzić emocje. „Dziwnie brzmią”, „nienaturalne”, „po co to komu?” – to argumenty, które pojawiają się bardzo często.

Tymczasem problem nie leży w samym języku, tylko w tym, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Język zmienia się razem z rzeczywistością. Słowa, które kiedyś wydawały się obce albo niepotrzebne, z czasem stają się codziennością – dokładnie tak było z wieloma wyrazami, których dziś używamy bez zastanowienia.

Warto też zauważyć pewną prawidłowość: żeńskie formy dużo łatwiej przyjmują się tam, gdzie zawody mają niższy prestiż społeczny. Tam, gdzie pojawia się władza, wpływ czy wysoka pozycja – nagle zaczynamy mieć opór. Jakby język nie nadążał za zmianą, w której kobiety coraz częściej zajmują te stanowiska.

A przecież słowa mają znaczenie. Jeśli nie nazywamy kobiet w tych rolach, to trochę tak, jakby ich tam nie było.

“Kasiu, zrób nam kawę kochanie”

Seksizm w języku często przejawia się w sposób mniej oczywisty. Często ukrywa się w zwrotach, które słyszeliśmy tak wiele razy, że stały się dla nas zupełnie naturalne i weszły w nasze codzienne nawyki komunikacyjne. Tylko czy to, co znajome, na pewno zawsze jest właściwe? Obejrzyjmy ten temat z bliska i zobaczmy, jak np. zwracamy się do siebie w pracy. Kobiety znacznie częściej słyszą zdrobnienia swojego imienia: „Kasia”, „Ania”, „Magda” – nawet w formalnych sytuacjach. W tym samym czasie mężczyźni częściej funkcjonują jako „Pan Tomasz”, „Krzysztof” albo “Pan Kowalski”. Niby nic wielkiego, a jednak taki sposób mówienia może nieświadomie obniżać profesjonalny odbiór i wprowadzać ton, który jest bardziej koleżeński niż partnerski.

Kobiecym głosem trudniej jest też przebić się na spotkaniach. Przerywanie wypowiedzi kobiet – zjawisko znane jako manterrupting – sprawia, że trudniej im dokończyć myśl czy w pełni uczestniczyć w rozmowie. Zdarza się też, że ich głos jest pomijany albo niezauważany, dopóki ktoś inny – często mężczyzna – nie powtórzy tego samego pomysłu. Nagle ta sama idea zaczyna być traktowana poważnie. To zjawisko ma nawet swoją nazwę: hepeating.

Innym przykładem jest skupianie się na wyglądzie zamiast kompetencji. Komentarze dotyczące ubioru, fryzury czy sposobu bycia pojawiają się wobec kobiet zdecydowanie częściej – nawet w kontekstach zawodowych, gdzie nie mają żadnego znaczenia dla wykonywanej pracy. W tym samym czasie osiągnięcia czy umiejętności schodzą na dalszy plan.

Nierzadko też podważane są kobiece kompetencje, – szczególnie w zawodach technicznych czy zarządczych. Pytania w stylu „czy na pewno sobie z tym poradzisz?” brzmią jak troska, ale w rzeczywistości mogą sugerować brak wiary w czyjeś umiejętności.

Kolejnym problemem jest używanie wobec dorosłych kobiet zwrotów, takich jak „kochanie” czy „kotku”. Nie chodzi tu oczywiście o sytuacje prywatne – kiedy partnerzy mówią tak do siebie w relacji osobistej. Problem pojawia się wtedy, gdy takie określenia trafiają do przestrzeni zawodowej, na przykład gdy przełożony zwraca się w ten sposób do swojej pracownicy.

Taki język jest nie tylko nieprofesjonalny, ale też może być odbierany jako umniejszający i naruszający granice. W niektórych sytuacjach może nawet stanowić przejaw dyskryminacji lub molestowania seksualnego.

Każda z tych sytuacji z osobna może wydawać się drobiazgiem. Ale kiedy się powtarzają, zaczynają układać się w większy obraz – taki, w którym jedne osoby są traktowane bardziej poważnie niż inne.

Jak mówić o rasie, pochodzeniu i wyznaniu?

Wyobraź sobie, że ktoś przedstawia Cię w taki sposób: „To jest Marta, katoliczka z Polski”. Albo: „To jest Tomek, biały, z małego miasta”. Niby wszystko się zgadza, ale czy to naprawdę najważniejsze informacje o tych osobach? Czy właśnie tak chcieliby/chciałyby, by ich przedstawiono?

Z podobnym problemem – czyli nieuzasadnionym podkreślaniem czy podawaniem informacji o rasie, pochodzeniu lub wyznaniu, niezależnie od kontekstu – często mierzą się osoby należące do mniejszości społecznych.  Zbyt łatwo sprowadzamy ludzi do jednej cechy – tej, która wydaje się „inna”, „wyróżniająca się”.

Dlatego warto zacząć od prostej zasady: nie wspominaj o czyimś wyznaniu czy pochodzeniu, jeśli ta informacja nie jest istotna w danym kontekście.

Warto też zwrócić uwagę na słowa, które niosą ze sobą negatywny ładunek. Niektóre określenia dotyczące koloru skóry czy pochodzenia etnicznego przez lata były używane w sposób obraźliwy lub deprecjonujący. Nawet jeśli dziś ktoś używa ich „bez złych intencji”, wciąż mogą ranić – bo niosą ze sobą konkretne skojarzenia i doświadczenia.

 

Jakie to mogą być określenia?

Nie używaj słowa Zamiast tego powiedz
Murzyn/ka Osoba czarnoskóra
Cygan/ka O ile osoba nie powie Ci, że sama używa tego określenia wobec siebie, lepiej użyć słowa Rom/ka
Islamista/tka Muzułmanin/nka
Eskimos/ska Innuita/tka
Indianie/nki Rdzenni mieszkańcy/nki

 

Warto też zwracać uwagę na wyrażenia, które przez lata tak bardzo „wrosły” w język, że przestajemy się nad nimi zastanawiać. Używamy ich automatycznie – jako żartu, skrótu myślowego albo po prostu z przyzwyczajenia. Problem polega na tym, że wiele z nich ma swoje źródło w stereotypach dotyczących konkretnych grup ludzi.

Dobrym przykładem są czasowniki takie jak „cyganić” czy „żydzić”. W potocznym użyciu oznaczają kłamanie, kombinowanie albo bycie skąpym. W rzeczywistości jednak utrwalają negatywne stereotypy przypisywane całym społecznościom – Romom i osobom żydowskiego pochodzenia.

Zmiana nawyków językowych nie wymaga wiele. Czasem wystarczy wybrać inne słowo: zamiast „cyganić” – powiedzieć „oszukiwać”, zamiast „żydzić” – „skąpić” czy „targować się”. To drobna zmiana, która ma duże znaczenie – bo nie przenosi na innych ciężaru stereotypów, które nie mają z nimi nic wspólnego.

I właśnie o to chodzi w języku inkluzywnym: nie tylko o to, co mówimy, ale też o to, jakie znaczenia niosą nasze słowa – nawet wtedy, gdy nie jesteśmy tego w pełni świadomi.

Dla wspólnego dobra

Język to coś więcej niż tylko narzędzie komunikacji. To sposób, w jaki opisujemy świat – i jednocześnie go tworzymy. To, jak mówimy o innych, wpływa na to, jak ich postrzegamy i jak ich traktujemy.

Dobra wiadomość jest taka, że każdy i każda z nas ma na to realny wpływ. Jesteśmy współtwórcami/czyniami języka – używamy go codziennie, kształtujemy go w rozmowach, w pracy, w internecie. A skoro język i tak się zmienia i ewoluuje, warto zadać sobie pytanie: dlaczego nie zmieniać go w kierunku, który bardziej włącza, uwzględnia i traktuje innych z szacunkiem?

Pamiętajmy, że nauka języka inkluzywnego to proces. Każdemu mogą zdarzyć się błędy – to naturalne, że nie wiemy wszystkiego i czasem użyjemy nieodpowiedniego słowa. Najważniejsze jest to, co robimy dalej: czy jesteśmy gotowi się uczyć, poprawić i spróbować jeszcze raz. Dlatego warto zapamiętać jedną prostą zasadę języka inkluzywnego: nie wiesz – zapytaj.